City Life Blog

Mikrofiling-tak, czy nie

1 mikrolipo 001Zabiegi medycyny estetycznej - obstrzykiwanie własnym tłuszczem. Zabiegami medycyny estetycznej interesowałam się od kilku dobrych lat, czterdziestka dawno minęła, starzenie się skóry postępuję nieubłaganie mimo dobrego dbania o skórę twarzy (tak mi się przynajmniej wydawało). A łatwo nie mam, skóra cienka, naczyniowa nie należy w pielęgnacji do najłatwiejszych. Ale się nie poddaję gra się tym, co się ma. Myję, nawilżam, tonizuję, kremuję, nie pudruje - bo nie lubię tapety, sztucznej maski, czuję się wtedy nienaturalnie, jakoś dziwnie i w całe nie lepiej. Ktoś może powiedzieć, że w tym wieku to nic już nie pomoże, a jednak są takie

kremy upiększające występujące pod tajemniczą nazwą BB, w których składzie jest krem nawilżający i puder - wtedy jest ok. Buzia po nałożeniu takiego kremu wygląda, zdrowo, promiennie. Taki krem niestety nie zastąpi tego, czego z wiekiem jest w skórze coraz mniej, czyli tłuszczu. Z upływającym czasem chciałoby się mieć go w sobie jak najwięcej, lecz natura jest nie nieubłagana. Trzeba pomóc sobie i skórze w inny sposób, czyli od zewnątrz. Ale jaki gabinet medycyny estetycznej wybrać, żeby nie wyglądać gorzej niż przed wizytą w nim? Przecież to jest twarz i nie da się jej schować, jest wizytówką, każdego człowieka.

Po długich poszukiwaniach, przegląd internetu, obejrzeniu filmów na YouTube, kilku programów telewizyjnych, właśnie ten zabieg wydawał mi się najrozsądniejszy - przeszczep własnego tłuszczu w okolice skóry twarzy. Efekt widoczny jest od razu, nie trzeba czekać kilka miesięcy, żeby się przekonać czy było warto, czy też nie. Tak przynajmniej zachwalają ten zabieg lekarze, którzy mają go w swojej ofercie.

Badania lekarskie zrobione: HIV, HBS, HCV, próby wątrobowe, cała morfologia, bez tego nie ma się, co wybierać, trzeba być osobą zdrową. Przeszczep tłuszczu jest dużym obciążeniem dla wątroby. Nie warto dla takiego zabiegu ryzykować życia.

Wybór padł na jedną z Warszawskich Klinik. Pan doktor specjalizujący się w przeszczepach tłuszczu z jednego miejsca w inne, cenna niższa niż w innych miejscach.

Telefonicznie umówiłam się na wizytę za dwa tygodnie wcześniejszych terminów nie było, kalendarz pana doktora wypełniony po brzegi. Pomyślałam jest oblężenie, czyli, trafiłam, w dobre miejsce. Poczekam cierpliwie.

Wybiła godzina zero-czyli moja wizyta w Klinice.

Stawiłam się punktualnie dostałam do wypełnienia ankietę, w której, musiałam wypełnić, na jaki zabieg się wybieram, i czy jestem świadoma ryzyk, jaki ten zabieg za sobą niesie. Dużo czytałam, oglądałam wyniki badań dobre, ale nigdy nic nie wiadomo jak mój organizm zareaguję.

Od zabiegu oczekiwałam usunięcia cieni pod oczami (w moim przypadku przykrycia tłuszczem cienkich żył prześwitujących przez skórę), wygładzenia zmarszczek pod oczami. Moje życzenie, marzenie było uzasadnione w końcu w opisie tego zabiegu wymienione przeze mnie zalety były wyszczególnione.

Minęło pięć minut i zostałam zaproszona do gabinetu.

Pan doktor bardzo miły, w dłoni trzymał kartę z zaznaczonym przeze mnie zabiegiem - mikrofiling. Uśmiechał się już od drzwi, niczego nie musiał mi wyjaśniać w końcu sporo na ten temat czytałam i oglądałam. Z nas dwojga on musiał stwarzać pozory, że się nie boi. Staliśmy na przeciwko siebie twarzą w twarz, kiedy lekarz dotknął mojej twarzy podnosząc ku górze opadnięte policzki i wypowiadając przy tym słowa, że "twarz wygląda na zmęczoną". Przyznaję, że trochę mnie te słowa zasmuciły przecież dbam o siebie, wysypiam się, staram się dobrze odżywiać. Jakie zmęczenie? Ale skoro pan doktor tak mówi, to tak musi być. W końcu inaczej ja postrzegam siebie, a inaczej inni ludzie, pomyślałam.

Uprzedziłam, że mam ograniczony budżet, więc robimy sam oczodół całkowicie pozbawiony tłuszczu. Dobrze - odparł pan doktor. Następnie kazał mi położyć się na zielonym, skórzanym łóżku. Nie dostałam ubrania na przebranie, nie przykryto mnie zielonymi chustami, zostawiając tylko odkrytą część ciała na zabieg. Tak jak byłam ubrana: w spodnie, bluzę, trzewiki, położyłam się na łóżku. Pan doktor odsłaniając kawałek mojego biodra, i łapiąc w garść kawałek ciała, powiedział: "Ale, grubas z pani". Zdziwiłam się, bo ważę 55kg do grubasa trochę mi brakuję, ale może się mylę. Widząc moje zdziwienie, odpowiedział - "żartowałem". Uspokoiłam się, to znaczy, że materiał do przeszczepu jest i zabieg się odbędzie. Trzy ukłucia igły, żeby znieczulić miejsce, z którego miał być pobrany tłuszcz do przeszczepu w moim przypadku to było prawe biodro i na trzydzieści minut zostałam pozostawiona sama w pokoju. Zegar wiszący na ścianie odliczał najdłuższe trzydzieści minut w moim życiu, potęgując przy tym samym niewyobrażalny stres. Może się wycofać, przecież jeszcze mogę oto takie myśli chodziły mi po głowie.

Pół godziny minęło, pan doktor punktualnie pojawił się w pokoju. Stres przed zabiegiem tak się we mnie nasilał i potęgował, że zapytałam, czy mogłabym dostać jakąś tabletkę uspokajającą pod język. Ale niestety nie było. Pozostało mi uporać się z tym stresem w pojedynkę. Narzędzie do odessania przygotowane, czyli ten długi cienki szpikulec. Na sam jego widok można zemdleć, wiec, żeby na to nie patrzeć odwracam głowę w drugą stronę. Dezynfekcja miejsca znieczulonego jeszcze raz i kilka prężnych ruchów szpikulcem i odessany tłuszcz znalazł się w strzykawce. Następnie odessany tłuszcz został wytłoczony ze strzykawki na papierowy ręcznik. Szpikulec jest dość sprawny, albo ręka pana doktora, ale wyjście poza obszar nieznieczulony zabolało mnie kilka razy.

Kolejny etap - wprowadzenie tłuszczu w okolice kości policzkowych, poniżej oczodołu.

Ukłucia bezbolesne, przecież wszystko w znieczuleniu, tylko to wtłaczanie tłuszczu jakieś takie dyskomfortowe. Dozownik wydawał odgłosy, jakby był zardzewiały, albo żaby były w okresie godowym. Kiedy po prawej i lewej stronie tłuszcz został wprowadzony, pan doktor posadził mnie do pionu i delikatnymi ruchami rozprowadził po twarzy dwa balony wypełnione tłuszczem na długość trzech centymetrów każdy. Aż dziw bierze, że skóra jest w stanie tyle wytrzymać. Po zabiegu skóra nie wyglądała źle, dobrze, że pan doktor mnie uprzedził, że jutro będzie gorzej. Nie mylił się z każdym dniem moja twarz wyglądała coraz gorzej. Pojawiły się sińce i krwiak pod lewym okiem, który wchłaniał się trzy tygodnie. Tyleż samo trwało rozświetlenie twarzy i z każdym dniem widziałam, jak tłuszczu z przeszczepionego miejsca ubywa. Z 50% komórek tłuszczowych, które miało pozostać i się namnażać oceniam, że pozostało może 10%.

Kolejną niedogodnością było pójście spać. Może lepiej by było w ogóle się nie kłaść. Najbezpieczniejsza pozycja to ta na plecach, pod żadnym pozorem nie wolno kłaść się na brzuchu, czy boku. Tłuszcz, niestety się przemieszczał zmieniając położenie. Ale ponieważ kiedy śpię nie mam kontroli nad tym, co robię widok rano przemieszczonego tłuszczu przyprawiał mnie o zawrót głowy.

Prawe biodro, które służyło za dawcę wyglądało jak by było potłuczone z mnóstwem siniaków. Była to ta część mojego ciała, która z każdym dniem wyglądało coraz to lepiej.

Od zabiegu minęło już dziesięć miesięcy zagłębienia po ubytkach przeszczepionego tłuszczu są coraz większe inne po prawej stronie inne po lewej. Przeszczep tłuszczu nie usunął cieni pod oczami, nie wygładził zmarszczek.

A najbardziej cieszę się z tego, że odbyło się bez żadnych powikłań i ciągle żyję.

Czy było warto przechodzić ten cały stres przed zabiegiem, w trakcie i po, myślę, że nie.

Barbara

2017  © City LIfe Blog